Mój wstręt do formy pisanej jednak wygrał, a systematyczność i konsekwencja z jaką miałam tu tworzyć mapę mych zawiłych myśli - jak zawsze przepadły. Właściwie, to nie odczułam upływu czasu pomiędzy ostatnim wpisem a dniem dzisiejszym. Wakacje okazały się bezlitośnie krótkie, a moje studenckie obawy przybrały formę paranoi. Praca licencjacka idzie paskudnie źle - co przewidywałam. Poza tym, ostatni semestr nie stawia przede mną żadnych wyzwań, zajęć jakby ubyło i potencjalnie powinnam odczuć przypływ wolnego czasu. Niestety, dopada mnie marazm a wiosna uroczo przygnębia. Zamykam się w pokoju i czytam, gram, konwulsyjnie przeglądam pinteresta marząc o własnej działalności gospodarczej, czterech kątach, zapisaniu się na kendo i milionie innych wspaniałych rzeczy (a licencjat leży i kwiczy).
Pisanie o własnym weltschmerzu (♥) to jednak wstydliwa rzecz, każdy przygnębiający skrawek życia wydaje się niemądry i naiwny. Przecież wystarczy zrobić to czy tamto, realizować cele, być konsekwentnym, nie odpuszczać i będzie cud miód orzeszki. Tak. Ja jakoś nie potrafię. Łatwo się rozpraszam, znajduje nowe pomysły za którymi gonię by porzucić te stare i ciągle błądzić w ogólnym bezsensie. Zniechęcam się, tracę zapał. Tęsknie do dwóch poprzednich lat, kiedy wszystko wydawało się klarowne i proste, prowadzące do konkretnych przedsięwzięć. Teraz już nic nie wiem i zatraciłam wiarę w pewną ciągłość.
Może jestem zmęczona tą dziwaczną niedzielą i zajęciami o performansie z wykrwawiającymi się kurczakami. Dziś pękłam i nie ma nikogo kto poskłada mnie do kupy.
♫ Desire - Under your spell
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz