środa, 15 sierpnia 2012

Działanie muzyki na mój nastrój zaczyna mnie zaskakiwać. Jeszcze chwilę temu słuchając Skrillexa, byłam gotowa przechodzić popołudniowy kryzys i wpadać w niemałą depresję (zdecydowanie nadużywamy tegoż medycznego języka, a tfu), a teraz gdy błoga cisza wypełnia mój pokój - piję spokojnie wystygłą kawę, a paskudny nastrój gdzieś się ulotnił.

Choć nie do końca. 


Zaczyna martwić mnie fakt, że za miesiąc będę się szykować do trzeciego roku studiów i prawdopodobnie maltretować pracę licencjacką. Kiepsko mi idzie z długimi wypowiedziami, czasem nad jednym zdaniem pracuję kilka minut, zmieniając co chwile to i owo. Nie wiem właściwie czym się tak stresuję... powinnam przystopować i odpuścić w pewnych sytuacjach, ale wewnątrz coś naciska aby wszystko robić idealnie, bo co inni powiedzą. Nie lubię być w centrum uwagi - zaraz krew napływa mi do policzków a serce łopocze jak u gołębia - a jednak chciałabym być doceniana i zauważana. Psieh. Pozostaje mi pocieszać się wesołymi zakupami w postaci piórnika banana, czy długopisu z lalką kokeshi, aby umilić sobie nerwowe studiowanie. Kiedyś coś mnie wykończy i zapewne będzie to moja własna głupota.

A. biega od rana po domu i skleja odpadające listewki w szafkach swojej rodzicielki, a ja mam zbyt dużo czasu na myślenie. Powinnam znaleźć sobie jakieś twórcze zajęcie i się mu oddawać. Nie wiem, łucznictwo? Marzenia. Ostatnio zabrałam się za oglądanie koreańskich dram, zamierzam więc zanurzyć się w Faith, które zdaje się dobrze zapowiadać. W tym tygodniu obejrzałam sobie You're Beautiful, i choć główna bohaterka czasem doprowadzała mnie do rozpaczy to wciągnęło mnie na dobre. Mam niedobór romansu we krwi. Lekko mnie to dziwi, gdyż nasze rodzime produkcje omijam z daleka, a przygodę z brazylijskimi zakończyłam na Zbuntowanym aniele i nie zamierzam do tego powracać... ah koreańczycy. I japończycy. [kończy notkę długim rozmarzonym westchnieniem]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz