Mój wstręt do formy pisanej jednak wygrał, a systematyczność i konsekwencja z jaką miałam tu tworzyć mapę mych zawiłych myśli - jak zawsze przepadły. Właściwie, to nie odczułam upływu czasu pomiędzy ostatnim wpisem a dniem dzisiejszym. Wakacje okazały się bezlitośnie krótkie, a moje studenckie obawy przybrały formę paranoi. Praca licencjacka idzie paskudnie źle - co przewidywałam. Poza tym, ostatni semestr nie stawia przede mną żadnych wyzwań, zajęć jakby ubyło i potencjalnie powinnam odczuć przypływ wolnego czasu. Niestety, dopada mnie marazm a wiosna uroczo przygnębia. Zamykam się w pokoju i czytam, gram, konwulsyjnie przeglądam pinteresta marząc o własnej działalności gospodarczej, czterech kątach, zapisaniu się na kendo i milionie innych wspaniałych rzeczy (a licencjat leży i kwiczy).
Pisanie o własnym weltschmerzu (♥) to jednak wstydliwa rzecz, każdy przygnębiający skrawek życia wydaje się niemądry i naiwny. Przecież wystarczy zrobić to czy tamto, realizować cele, być konsekwentnym, nie odpuszczać i będzie cud miód orzeszki. Tak. Ja jakoś nie potrafię. Łatwo się rozpraszam, znajduje nowe pomysły za którymi gonię by porzucić te stare i ciągle błądzić w ogólnym bezsensie. Zniechęcam się, tracę zapał. Tęsknie do dwóch poprzednich lat, kiedy wszystko wydawało się klarowne i proste, prowadzące do konkretnych przedsięwzięć. Teraz już nic nie wiem i zatraciłam wiarę w pewną ciągłość.
Może jestem zmęczona tą dziwaczną niedzielą i zajęciami o performansie z wykrwawiającymi się kurczakami. Dziś pękłam i nie ma nikogo kto poskłada mnie do kupy.
♫ Desire - Under your spell
Another day, just breathe...
niedziela, 24 marca 2013
środa, 15 sierpnia 2012
Działanie muzyki na mój nastrój zaczyna mnie zaskakiwać. Jeszcze chwilę temu słuchając Skrillexa, byłam gotowa przechodzić popołudniowy kryzys i wpadać w niemałą depresję (zdecydowanie nadużywamy tegoż medycznego języka, a tfu), a teraz gdy błoga cisza wypełnia mój pokój - piję spokojnie wystygłą kawę, a paskudny nastrój gdzieś się ulotnił.
Choć nie do końca.
Zaczyna martwić mnie fakt, że za miesiąc będę się szykować do trzeciego roku studiów i prawdopodobnie maltretować pracę licencjacką. Kiepsko mi idzie z długimi wypowiedziami, czasem nad jednym zdaniem pracuję kilka minut, zmieniając co chwile to i owo. Nie wiem właściwie czym się tak stresuję... powinnam przystopować i odpuścić w pewnych sytuacjach, ale wewnątrz coś naciska aby wszystko robić idealnie, bo co inni powiedzą. Nie lubię być w centrum uwagi - zaraz krew napływa mi do policzków a serce łopocze jak u gołębia - a jednak chciałabym być doceniana i zauważana. Psieh. Pozostaje mi pocieszać się wesołymi zakupami w postaci piórnika banana, czy długopisu z lalką kokeshi, aby umilić sobie nerwowe studiowanie. Kiedyś coś mnie wykończy i zapewne będzie to moja własna głupota.
A. biega od rana po domu i skleja odpadające listewki w szafkach swojej rodzicielki, a ja mam zbyt dużo czasu na myślenie. Powinnam znaleźć sobie jakieś twórcze zajęcie i się mu oddawać. Nie wiem, łucznictwo? Marzenia. Ostatnio zabrałam się za oglądanie koreańskich dram, zamierzam więc zanurzyć się w Faith, które zdaje się dobrze zapowiadać. W tym tygodniu obejrzałam sobie You're Beautiful, i choć główna bohaterka czasem doprowadzała mnie do rozpaczy to wciągnęło mnie na dobre. Mam niedobór romansu we krwi. Lekko mnie to dziwi, gdyż nasze rodzime produkcje omijam z daleka, a przygodę z brazylijskimi zakończyłam na Zbuntowanym aniele i nie zamierzam do tego powracać... ah koreańczycy. I japończycy. [kończy notkę długim rozmarzonym westchnieniem]
Choć nie do końca.
Zaczyna martwić mnie fakt, że za miesiąc będę się szykować do trzeciego roku studiów i prawdopodobnie maltretować pracę licencjacką. Kiepsko mi idzie z długimi wypowiedziami, czasem nad jednym zdaniem pracuję kilka minut, zmieniając co chwile to i owo. Nie wiem właściwie czym się tak stresuję... powinnam przystopować i odpuścić w pewnych sytuacjach, ale wewnątrz coś naciska aby wszystko robić idealnie, bo co inni powiedzą. Nie lubię być w centrum uwagi - zaraz krew napływa mi do policzków a serce łopocze jak u gołębia - a jednak chciałabym być doceniana i zauważana. Psieh. Pozostaje mi pocieszać się wesołymi zakupami w postaci piórnika banana, czy długopisu z lalką kokeshi, aby umilić sobie nerwowe studiowanie. Kiedyś coś mnie wykończy i zapewne będzie to moja własna głupota.
A. biega od rana po domu i skleja odpadające listewki w szafkach swojej rodzicielki, a ja mam zbyt dużo czasu na myślenie. Powinnam znaleźć sobie jakieś twórcze zajęcie i się mu oddawać. Nie wiem, łucznictwo? Marzenia. Ostatnio zabrałam się za oglądanie koreańskich dram, zamierzam więc zanurzyć się w Faith, które zdaje się dobrze zapowiadać. W tym tygodniu obejrzałam sobie You're Beautiful, i choć główna bohaterka czasem doprowadzała mnie do rozpaczy to wciągnęło mnie na dobre. Mam niedobór romansu we krwi. Lekko mnie to dziwi, gdyż nasze rodzime produkcje omijam z daleka, a przygodę z brazylijskimi zakończyłam na Zbuntowanym aniele i nie zamierzam do tego powracać... ah koreańczycy. I japończycy. [kończy notkę długim rozmarzonym westchnieniem]
wtorek, 14 sierpnia 2012
Nieśmiałe początki
Walcząc z klawiaturą, która niechętnie wydobywa z siebie litery s i d, pomyślałam, że może warto założyć sobie bloga*. Kiedy osiem lat temu tworzyłam swoje wpisy w podobnym miejscu, służyły głównie autokreacji z elementami ekshibicjonistycznej spowiedzi z życia. Pewnie sporo się zmieniło, gdyż moja nieśmiała próba powrotu po tych wszystkich latach powoduje mocniejsze uderzenia serca, a chęć kreacji przeniosła się na inne dziedziny mojej aktywności internetowej. Cóż, chociaż mam problemy z przecinkami a styl wypowiedzi bywa chaotyczny, wracam, z nudy i potrzeby wyższej jaką jest chęć pisania. Szukam czegoś nieustannie, czegoś co dałoby odrobinę satysfakcji, albo chociaż uświadomiło gdzie jej szukać - może przejrzenie w zwierciadle własnych myśli coś dopomoże.
[Czemu mam wrażenie, że takie pisanie jest jak gadanie do samej siebie?]
Studia wyczerpały moje pozytywne zasoby energii, zaczynam się zastanawiać czy w wieku dwudziestu czterech lat nie uszło ze mnie życie. Dużo zrzędzę swojemu A.* i choć wakacje w pełni, to moje niezadowolenie drastycznie wzrasta. Kiedyś wystarczył sen do południa, a teraz mam wyrzuty sumienia, że długo śpię pogłębiając własne rozkoszne lenistwo. Życie internetowe, które dawniej zajmowało większą część moich nocy, teraz powoduje, że czuję się wyobcowana. Pierwsza od wieków impreza przyprawiła mnie niemal o zawał serca. Oczywiście nie dałam po sobie poznać, jaką radość dało mi zaproszenie na grilla, a jarałam się tym jak zapałka. Teraz myślę, że smutne to, bo przecież takie rzeczy powinny być stałym elementem życia towarzyskiego. Boże, ja naprawdę jestem beznadziejnie nieśmiała, albo nie umiem koegzystować z istotami, które nie mają sierści czy skrzeli.
Proszę, pierwszy wpis i już się zbulwersowałam. Uhh.
* słowo blog tak mi się przejadło, że ze zgrzytem je przełykam.
* A. obiekt moich westchnień i wkurzeń.
[Czemu mam wrażenie, że takie pisanie jest jak gadanie do samej siebie?]
Studia wyczerpały moje pozytywne zasoby energii, zaczynam się zastanawiać czy w wieku dwudziestu czterech lat nie uszło ze mnie życie. Dużo zrzędzę swojemu A.* i choć wakacje w pełni, to moje niezadowolenie drastycznie wzrasta. Kiedyś wystarczył sen do południa, a teraz mam wyrzuty sumienia, że długo śpię pogłębiając własne rozkoszne lenistwo. Życie internetowe, które dawniej zajmowało większą część moich nocy, teraz powoduje, że czuję się wyobcowana. Pierwsza od wieków impreza przyprawiła mnie niemal o zawał serca. Oczywiście nie dałam po sobie poznać, jaką radość dało mi zaproszenie na grilla, a jarałam się tym jak zapałka. Teraz myślę, że smutne to, bo przecież takie rzeczy powinny być stałym elementem życia towarzyskiego. Boże, ja naprawdę jestem beznadziejnie nieśmiała, albo nie umiem koegzystować z istotami, które nie mają sierści czy skrzeli.
Proszę, pierwszy wpis i już się zbulwersowałam. Uhh.
* słowo blog tak mi się przejadło, że ze zgrzytem je przełykam.
* A. obiekt moich westchnień i wkurzeń.
Subskrybuj:
Posty (Atom)